środa, 31 sierpnia 2016

Był sobie blog

  Pewnego dnia, a było to dzisiaj rano, dowiedziałam się, że 31-go sierpnia obchodzony jest Dzień Blogera. Moją pierwszą reakcją na to wydarzenie był śmiech. Bo jakże tak, Dzień Blogera, a tu ani życzeń, ani prezentów, słowem- do diaska z takim dniem. Zresztą, kogo obchodzą blogerzy? Nie będzie o tym w wiadomościach i nawet dzień wolny od pracy nikomu nie przysługuje. Po co więc komu święto, którego nie może porządnie oblać?

  Oczywiście żartuję! Już wielokrotnie wspominałam, że do blogowania nie podchodzę poważnie i nawet nie lubię nazywać siebie blogerką. Zaczęłam pisać z nudów, blog miał być dla mnie odskocznią od rutyny i niczym więcej, a stał się stylem życia. To dzięki blogowaniu nie zwariowałam na tej mojej trudnej emigracji, dzięki blogowaniu odkurzyłam zakurzoną pasję, jaką było wymyślanie opowiadań, no i przede wszystkim poznałam dużo fantastycznych osób, z którymi utrzymuję wirtualny kontakt i które utwierdzają mnie w przekonaniu, że tworzenie bloga ma sens.

  Na początku blogowałam poniekąd w tajemnicy. Nikt nie wiedział, że mam bloga, powiedziałam o tym jedynie mężowi. Dopiero ponad rok po założeniu strony stworzyłam fanpage i przestałam się ukrywać przed miastem i światem. Blogowanie to przecież nie powód do wstydu, a wręcz przeciwnie. To coś, co sprawia mi (nadal) dziką przyjemność, dlaczego zatem miałabym się tym nie dzielić? Bierzcie, ile chcecie, czytajcie, ile wlezie, w końcu nie piszę dla siebie. Nie przeszkadza mi już to, że jakiś znajomy przeczyta mój wpis i będzie zdegustowany jego treścią. Pobyt we Włoszech i życie u boku Włocha wydobyły ze mnie głęboko skrywane pokłady luzactwa.

  Nie istnieją dla mnie podziały w blogosferze i do każdego blogera podchodzę z takim samym szacunkiem. Nie zazdroszczę sławom, nie biję im pokłonów, chociaż doceniam wirtuozerię i piękny styl pisania niektórych blogujących mam. Nie lubię afer i traktowania ludzi z góry, a zadzierających wirtualnego nosa omijam szerokim łukiem. Nie patrzę na blogi przez pryzmat współprac i nic mnie nie obchodzi, kto i ile na nich zarabia. Wiem, że w kręgach mój blog uchodzi za mało profesjonalny, lecz nie za bardzo się takimi opiniami przejmuję. Ciągle piszę i jeszcze nie zwariowałam, co uważam za niewątpliwy blogerski sukces. Być może przejdę kiedyś na własną domenę i zrobię sobie zakładkę "współpraca", ale na razie jest dobrze tak jak jest.

  Mój blog zmienia się wraz ze mną, to naturalne. Nie piszę tylko o byciu mamą, chociaż w pierwszym etapie blogowania to był temat przewodni. Są jednak sprawy, których nigdy nie poruszę na blogu, bo nie mam do tego odpowiednich predyspozycji (i chęci):

-wpisy z cyklu DIY. Nie i koniec, nawet gdyby mi za to zapłaciłi. Jestem totalnym beztalenciem i nie umiem tworzyć cudów z kartonów, puszek, czy butelek. Nie umiem i już, a poza tym nie mam do tego cienia cierpliwości. 

-przepisy kulinarne. Nie jest tajemnicą, że nie lubię gotować i że kucharka ze mnie marna. Parę osób zasugerowało mi, abym na blog wrzuciła przepisy z włoskiej kuchni, lecz to poroniony pomysł. Co miałabym napisać? Wrzuć makaron do garnka, ugotuj go, odcedź i dodaj pesto- to raczej nie przysporzy mi popularności i nie zagrozi blogerkom kulinarnym. 

-recenzje gadżetów i książek. Już w szkole nudziło mnie pisanie recenzji, więc nie wyobrażam sobie pisać o pieluszkach lub śliniakach (aczkolwiek o używaniu laktatora mogłabym ułożyć niezły elaborat). Wolę poczytać recenzje książek u moich ulubionych blogerek, tak dla mnie lepiej i o wiele bezpieczniej.

-zdjęcia Gai i Sary. Moje córeczki będę trzymała z dala od komputera do 16-go roku ich życia (akurat, już widzę ten bunt). Męża natomiast nie ukrywam, bo jest dorosły i wyraził zgodę na publikowanie jego wizerunku (no patrzcie go).

Sami widzicie, że moje wypociny to nic ciekawego.

  A koleżankom i kolegom po fachu życzę nieustającej satysfakcji z blogowania! Pozdrawiam wszystkie blogowe bratnie dusze (a jest ich naprawdę sporo)!



             zdjęcie- www.blablamarketing.it